poniedziałek, 30 grudnia 2013

TAG: Wszystko o oczach





1. Ulubiony krem/serum pod oczy?
Mam bardzo problematyczną cerę pod oczami. Pomimo pielęgnacji i młodego wieku mam sporo i to naprawdę głębokich zmarszczek. Wiele kremów pod oczy wywołuje u mnie pieczenie... ostatnio jednak skusiłam się na kremik intensywnie nawilżający z Dermedic, który może nie daje mega nawilżenia, ale nie podrażnia i koi.

2. Ulubiony korektor pod oczy?
Korektory lubię dwa, które stosuję w zależności od efektu, który chcę osiągnąć. Pierwszy z nich to Eveline dający efekt delikatnego krycia i rozświetlenia, drugi to słynny Collection dający dobre krycie.

3. Ulubiony produkt do brwi?
Do brwi używam henny, ale poza nią do codziennej stylizacji używam bezbarwnego żelu. Tym razem mam Essence ale za każdym razem kupuje coś innego.

4. Ulubiona baza pod cienie?
Baza to temat rzeka, bardzo lubiłam bazę z Hean, teraz posiadam Essence, która nie jest ideałem ale zła też nie jest.

5. Ulubiona paletka cieni? (musisz wybrać jedną)
Bardzo lubię brązy w paletkach z Hean w kolorze 408 Caffe Twist. Na zdjęciu to ta, którą mam najdłużej i która jest najbardziej wyeksploatowana.

6. Ulubiony płyn do zmywania makijażu oczu?
Oczywiście micel z BeBeauty z Biedronki. Choć odkąd używam dużego, limitowanego opakowania zaczyna szczypać mnie w oczy... Nie wiem z czego to wynika.

7. Ulubiony tusz do rzęs?
Lubię tusz z Maybelline, One by One dający fajnie pogrubienie.

8. Ulubiony eyeliner? (żelowy, kredka, w pisaku?)
Kiedyś używałam eyelinerów w żelu, ale notoryczne mycie pędzelków mnie irytowało przy codziennym makijażu. Dlatego od długiego czasu używam kredki żelowej z Avonu, która jest bardzo trwała.

9. Ulubiony pojedynczy cień?
Pojedynczych cieni nie mam wiele, ale ulubiony to cielisty cień z Marizy w kolorze 3 latte.

10. Ulubione okulary przeciwsłoneczne?
Mam wadę wzroku więc moje okulary przeciwsłoneczne muszą być korekcyjne. Są to okularki z Firmoo, które wygrałam w rozdaniu i jestem mega szczęśliwa, ponieważ super sprawdzają się podczas prowadzenia samochodu.


To na tyle :)

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Avon, Planet Spa, Dead Sea Minerals, Wygładzający peeling z minerałami z Morza Martwego

Będąc kilka dni u mojego chłopaka, miałam okazję użytkować produkt jego mamy, którym jest Avonowski peeling z minerałami z Morza Martwego. Postanowiłam, że zrobię zdjęcia i podzielę się z Wami moją krótką opinią na jego temat. Sama za kosmetykami Avonu jakoś szczególnie nie szaleję, ale kilka produktów pielęgnacyjnych bardzo sobie chwalę. Niestety z kolorówki na tą chwilę lubię jedynie kredkę żelową SuperShock, która jest naprawdę trwała.

Producent:
Wygładzający peeling do ciała z Minerałami z Morza Martwego. Pozostawia skórę gładką, rozświetloną i odświeżoną.



Skład produktu dla zainteresowanych:



Produkt znajduje się w szarej, estetycznie wyglądającej 150 ml tubce, która jest elastyczna i łatwo z niej wydobyć produkt. Peeling ma konsystencję żelu, który bardzo łatwo aplikuje się na skórę ciała. Jego poziom ostrości oceniam na średni, w swojej konsystencji ma mnóstwo delikatnych drobin w postaci przeźroczystych "minerałków" co zobrazowane jest na zdjęciu poniżej. Nie jest to peeling bardzo ostry, ale nie jest też delikatny. Bardzo dobrze, w delikatny sposób ściera naskórek, po czym skóra jest naprawdę miękka i przyjemna w dotyku. Dla mnie idealny pod tym względem. Bez problemu można go spłukać ze skóry, nie pozostawia po sobie żadnej tłustej warstwy. Jego zapach jest naprawdę bardzo przyjemny, należy do świeżej kategorii, ale na ciele nie pozostaje na długo. Dla mnie produkt świetnie się sprawdził i z chęcią kupiłabym go dla siebie. Jego wadami jest cena (ok. 30 zł) i problem z dostępnością (konsultantki lub allegro).


Dajcie znać co o nim sądzicie! :)


środa, 4 grudnia 2013

Firmoo mam i ja :)

Okulary Firmoo posiada już chyba większość bloggerek, w tym także i ja stałam się ich posiadaczką, z czego bardzo się cieszę :) Niedawno firma odezwała się do mnie i tak oto doszło do realizacji mojego zamówienia. Paczuszka doszła w niecały tydzień po złożeniu zamówienia, także naprawdę bardzo szybko. 


A tak prezentowała się zawartość przesyłki w której skład wchodzą:

  • okulary
  • futerał twardy
  • futerał miękki
  • ściereczka do czyszczenia
  • śrubokręcik, którym w razie potrzeby możemy dokręcić śrubki

A tak prezentują się okulary z bliska:



Na rynku znajdziemy wiele podobnych modeli w różnych kolorach. Jednak ja mam niedużą, pyzowatą twarz, której niekoniecznie one pasują. Gdy tylko zobaczyłam ten model wiedziałam, że to będzie to. Jest on  częściowo pół transparentny dzięki czemu twarz nie wydaje się przytłoczona wielkością oprawek. Jestem niesamowicie zadowolona z tego modelu i zdecydowanie był to dobry wybór- choć mój chłopak twierdzi, ze wyglądam jak jego dziadek ;D .
Firmoo w swoim asortymencie posiada wiele oprawek, a na wiele z nich już cieknie mi ślinka, bo lubię niebanalne oprawki :)


Jeśli jesteście zainteresowani to polecam śledzić ich facebooka lub po prostu stronę internetową http://www.firmoo.com/ ponieważ pojawia się tam wiele promocji, w tym nadal aktywna pierwsza para gratis, gdzie płacimy jedynie za koszt dostawy. A jeśli jesteś bloggerką możesz zgłosić się do programu partnerskiego, a być może Firmoo odezwie się do Ciebie.


Mam nadzieję, że podobają się Wam moje okularki i że to nie jest moja ostatnia para Firmoowek :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Olejek rycynowy. Efekt na włosach przed i w trakcie


O olejku rycynowym nieraz czytałam dobre opinie, ale jakoś nigdy po niego nie sięgłam. Jest on dostępny w każdej aptece za ok. 3-6 zł, a ja ściągałam z internetu różne dziwne oleiste mazie zamiast wejść do pierwszej lepszej apteki :) Od niedawna używam go aplikując sporą ilość na całą długość włosa (nie skupiam się na nakładaniu go bezpośrednio na skalp). Związuje włosy w koczka i tak zostawiam na całą noc. Poniżej zamieszczam zdjęcie włosów po drugiej aplikacji.


Olejek rycynowy ma postać bardzo gęstej, tłustej, oleistej mazi, którą ciężko rozprowadza się na włosach.  Minusem jest buteleczka, której zepsuła się metalowa nakrętka i należy uważać aby się nie rozlał. Olejek aplikuję wcierając go w włosy pasmo po paśmie. Osobiście nie mam problemów z jego zmywaniem z włosów. Dla pewności myję włosy dwukrotnie (obecnie szamponem z Timotei) tworząc przy myciu sporą pianę, wmasowuję ją w całą powierzchnię. Na koniec nakładam maskę mleczną Kallos na ok 1-2 minuty. Maskę tą używam po każdym myciu jako odżywkę, ponieważ inaczej nie rozczesałabym włosów. Spłukuję całość i mam bardzo mięciutkie, zdrowo wyglądające, niepuszące się, a przede wszystkim błyszczące włosy. Wiele czytałam, że może on widocznie przyciemnić włosy, na co bardzo liczę ponieważ jak wiecie zapuszczam odrost i przydałoby się ściemnienie tych farbowanych. Póki co nie zauważyłam żadnej zmiany koloru.
Tak olejek rycynowy prezentuje się na włosach.


Podsumowując jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Kosztuje bardzo niewiele, jest wszędzie dostępny, wydajny, a przy tym naprawdę błyskawicznie wpływa na kondycję włosów. Żałuję, że wcześniej po niego nie sięgałam kiedy moje włosy wołały o pomstę do nieba. Póki co odstawiam wszystkie inne olejki bo po tym widzę, że spanie w tłustych i naolejonych włosach przez całą noc ma naprawdę sens.
A oto olejek, który obecnie używam. Kosztował ok. 6 zł w aptece.


środa, 27 listopada 2013

Ulubieńcy listopada

Kolejny miesiąc dobiega końca i kolejny raz na wyłonienie piątki, najczęściej i najlepiej wspominanych kosmetyków w tym miesiącu. Tym razem do loży ulubieńców weszli:


  • Maska Mleczna z Serical. Mój absolutny ulubieniec, jest to już końcówka drugiego litra tego produktu i na pewno do niej wrócę. 
  • Bardzo dobry szampon, który w fajny sposób dodaje włosom objętości i odbija je od nasady- Timotei with Jericho Rose.
  • Hipoalergiczny krem pod oczy z Flos-Leku. Jest go aż 30 ml i kostuje ok. 15 zł. Jest to jedyny krem pod oczy do tej pory, który mogę nałożyć sporą ilością, który mnie nie ściąga, nie podrażnia i nie szczypie. 
  • Dobrze znana każdej bloggerce odżywka do paznokci z Eveline. Miałam wersję 8w1 teraz mam diamentową. Nie stosuję ich jako kuracji lecz jako bazę pod lakier lub po prostu odżywkę. U mnie sprawdzają się rewelacyjnie już od ponad roku.
  • I ostatni nabytek, który skradł moje serce, czyli mój rozświetlacz idealny z Revlon ColorStay. Jest to mineralny puder wykończeniowy, którego recenzję znajdziecie już na blogu. 




poniedziałek, 25 listopada 2013

Revlon, ColorStay, Porównanie kolorów + efekt na twarzy (nowa i stara wersja)

O tym podkładzie słyszała już pewnie każda bloggerka. Ja sama zapoznałam się z nim właśnie dzięki blogom i youtubowi. Skuszona kupiłam go wielokrotnie ale jakoś nigdy wcześniej nie pisałam o nim. Postanowiłam to zmienić i oto jest post. :)


czwartek, 21 listopada 2013

Jajko vs. Gruszka czyli Beauty Blender i jego odpowiednik

Od praktycznie dwóch lat nie rozstaję się z osławioną gąbeczką BeautyBlender. Kupiłam ją gdy była nowością i od tamtej pory zrezygnowałam z pędzli do podkładów. 
Obecnie mam na stanie nową i starą, ale ciągle w pamięci miałam recenzje dziewczyn, które pisały, że podróbka jest równie dobra. Postanowiłam to zweryfikować, bo skoro podróbka za 15 zł jest równie dobra jak oryginał za 80 to po co przepłacać.
Na allegro znalazłam kilka aukcji z jajkami identycznymi, ale skusiłam się na wybór gruszki, ot tak dla odmiany.
Na zdjęciach porównuję nowe produkty, które nie były używane. 
Na pierwszym zdjęciu suche blendery. Jak widać są takich samych wielkości.


wtorek, 19 listopada 2013

Quiz, Luxurious Gloss, Błyszczyk do ust nr. 34

Chciałabym Wam napisać kilka słów o błyszczyku, który spodobał się Wam w poście z nowościami. Produkt pochodzi z bardzo taniej firmy jaką jest Quzi. Z kosmetykami tej firmy miałam kilka razy do czynienia. Gdy zaczynałam blogowanie na bazarku kupowałam cienie w paletkach czwórkach, a do dziś kuszę się na lakiery, ponieważ na stoiskach mają wiele odcieni jednego koloru. O lakierach może kiedy indziej, natomiast dziś chciałabym Wam przedstawić błyszczyk, po który ostatnio bardzo często sięgam.


niedziela, 17 listopada 2013

Aktualizacja: 6 miesięcy bez farbowania

Staram się co miesiąc robić małe podsumowanie moich zmagań o zdrowe włosy. 
To motywuje mnie i inne dziewczyny.
 Minęło już pół roku odkąd nie sięgam po farby do włosów. 
Mogę z dumą stwierdzić, że kondycja włosów poprawiła się do tego stopnia, że w końcu mogę powiedzieć, że nie potrzebuję już prostownicy aby wyglądać jak człowiek. Wcześniej ze zdziwieniem czytałam posty dziewczyn, które pomimo pięknych, prostych włosów nie prostują ich nałogowo.
Używam takich produktów, które nie tylko odżywiają włosy, ale i powodują, że nie są spuszone i niesforne.

Mniej więcej tak prezentują się moje włosy na drugi dzień po umyciu i samodzielnym wyschnięciu.


Wiele do życzenia pozostawiają moje końcówki ale stwierdziłam, że nie zetnę radykalnie np. 5-8 cm tylko co miesiąc regularnie będę je podcinać o 1 czy 2 cm. 
A tak prezentuje się mój odrost:


Włosy błyszczące i gładkie zawdzięczam olejku rycynowemu, który na moich włosach działa cuda, ale oprócz niego używam innych specyfików, które praktycznie są podstawą mojej pielęgnacji.

Czego używałam w ostatnim miesiącu:

Szampon: Podwójne mycie, co drugi dzień szamponem Timotei with Jericho Rose, Wymarzona objętość z grejpfrutem
Odżywka: używam mlecznej maski do włosów Kallos jako odżywki po każdym myciu. Wmasowuję na całą długość włosa dużą ilość i pozostawiam tak na 1-2 minuty.
Maska: -
Serum: po każdym myciu zabezpieczam końcówki serum. Najczęściej sięgam po serum wygładzająco- regenerującego z Joanny, a także po serum z Delii oraz jedwab w płynie z GreenPharmacy. Te produkty wcieram także w końcówki suchych włosów przed wyjściem na zewnątrz co zapobiega ich puszeniu na skutek wiatru czy wilgoci. 
Olejki: tak jak już wspomniałam moim ulubieńcem, dzięki któremu zapomniałam o prostownicy jest olejek rycynowy, który nakładam na noc, lub na kilka godzin w ciągu dnia. Używam go ok. 2 razy w tygodniu, przynajmniej teraz kiedy mnie tak oczarował, później zapewne nie będzie mi się chciało z tym bawić tak często. Na pewno pojawi się recenzja. Inne olejki poszły w odstawkę.
Urządzenia elektryczne: w ciągu miesiąca 2 razy sięgałam po prostownicę, bo zależało mi na idealnie prostych włosach. Do zabezpieczenia włosów przed wysoka temperaturą użyłam spreju z Marc Anthony, Style Straight (mocno przetłuszcza włosy i należy ostrożnie go aplikować). Nie sądzę, że jest to coś złego, że raz od wielkiego dzwonu  użyjemy prostownicy czy suszarki. Przecież wszytko jest dla ludzi, tylko zadbajmy o umiar :)

Jak widzicie nie jest tego wiele, u mnie mniej znaczy więcej.
Na dobrą sprawę obeszłabym się z czterema produktami.
W mojej półce z kosmetykami do włosów jest ich więcej i nie zamierzam ich marnować.
Na pewno powykańczam to co mam i zdam z tego relacje, a Wam życzę cierpliwości w walce o piękne włosy.



czwartek, 14 listopada 2013

NYX, Nude On Nude Palette

Już dawno temu, gdy szumnie na rynek weszła paleta Urban Decay, Naked Palette każdy chciał ją mieć. Jednak jej cena skutecznie odstraszała. Osobiście parcia na nią nie miałam, ale w tamtym okresie szukałam jednej palety, którą mogłabym się malować w każdy czas w zależności czy chcę lekki, dzienny makijaż czy coś bardziej kombinatorskiego. Jak to zwykle bywa dziewczyny zaczęły poszukiwanie odpowiednika osławionej palety i wielokrotnie spotkałam się z twierdzeniem, że jest nią NYX Nude on Nude. Postanowiłam, że będzie idealna dla mnie :)



Paletę kupiłam online, korzystając z jakiejś promocji. Dzięki temu kosztowała mnie 115 zł (nie wiem jaka jest aktualna cena). Posiada wygodnie opakowanie ze sporym lusterkiem, a w nim 20 cieni głównie matowych i brokatowych w super odcieniach, a także 10 pomadek, z których pomimo tego, że super się sprawdzają i prezentują, nie korzystam bo nie lubię nie móc zrobić ewentualnych poprawek w ciągu dnia. 




Cienie mają bardzo dobrą pigmentację i nawet bez bazy dobrze się utrzymują. Ich konsystencja również jest bardzo dobra, idealnie rozcierają się na powiece, można stopniować ich intensywność. Kilka z nich ma tendencję do osypywania (najciemniejsze), ale to chyba jak każde. Dla mnie jest to zestaw idealny, komplet takich cieni mogłabym mieć na całe życie bo w zasadzie w takich tonacjach się maluję. Takim zestawem można zmalować naprawdę wiele ciekawych makijaży.

Poniżej prezentuję cztery cienie z bliska:


A tak prezentują się pociągnięte na ręce:


Wszystko pięknie gdyby nie... znudzenie się. Bo ileż można używać tej samej palety? Same wiecie jak to z nami kobietami jest. W związku z czym postanowiłam, że oddam ją mojej siostrze, której gdy najdzie mnie ochota będę ją podbierać. Z mojej strony mogę powiedzieć, że jeśli szukacie dobrej jakości cieni do makijażu w takich tonacjach to warto zainwestować. 

wtorek, 12 listopada 2013

Lovely, Baltic Sand, Piaskowy lakier do paznokci

Dziś kilka słów o moim obecnym, ulubionym lakierze do paznokci z serii SAND czyli o fakturze piaskowej. Mowa tu o produkcie Lovely, który dostępny jest oczywiście w Rossmannie za ok. 10 zł. Swoją drogą już czaję się na tego typu lakiery np. z Wibo na promocji Rossmannowskiej -40%, która będzie trwała podczas ostatniego tygodnia listopada.


Od jakiegoś czasu nowości lakierowe nie działają na mnie jakoś kusząco ale serie piaskowe bardzo mnie kusiły dlatego też skusiłam na się na ten lakier. Pomimo chęci wypróbowania "jak to jest" mieć piasek na paznokciach, bardzo podobał mi się ten kolor.


Lakier faktycznie po nałożeniu daje efekt piasku, co przypomina mi po prostu papier ścierny. Polecam po wyschnięciu przepiłować końcówki aby całość wyrównać, ponieważ za pierwszym razem tego nie zrobiłam i przecięłam się i do tej pory została mi blizna. Dodatkowo bardzo ładnie kryje, na zdjęciach mam jedną warstwę lakieru. Dużym plusem jest również jego przedłużona trwałość. U mnie przy domowych obowiązkach utrzymuje się ok. 5 dni. Wadą jest zmywanie produktu, ponieważ schodzi on znacznie toporniej niż tradycyjne lakiery ale nie jest to też jakiś super wyczyn. Wystarczy na dłużej przytrzymać płatek przy paznokciu. 
Podsumowując polecam ten lakier ze względu na kolor, wydajność i cenę (tym bardziej promocyjną). 

Oceniam go: 5/5


A Wasz piaskowy typ? 
P.S. Wybaczcie za połamany paznokieć z palca wskazującego :)

poniedziałek, 11 listopada 2013

Revlon, ColorStay, Mineral Finishing Powder jako rozświetlacz idealny. Efekt na twarzy

Od dawna nosiłam się z zamiarem kupna tego produktu. Czytałam wiele recenzji oraz notorycznie natrafiałam na wideo jednej z youtubowiczek - Basi, której hity zawsze i u mnie się sprawdzają. Postanowiłam, że spróbuję gdyż od dawna szukałam lekkiego, niebrokatowego i ładnie rozświetlającego rozświetlacza, nienadającego mocnego koloru. 


Kilka słów od producenta:
Revlon Mineral Finishing Powder to seria 3 mineralnych wypiekanych pudrów prasowanych, łączących naturalną pielęgnację, jaką dają minerały z doskonałą jakością i niezwykłą trwałością (16h) z jakiej słynie seria Colorstay Revlona. Formuła pudru oparta jest na minerałach, nie zawiera talku, dzięki temu puder jest lekki i nie obciąża skóry.
Puder jedwabiście się nakłada i wspaniale stapia z cerą. Nie zostawia smug, nie osypuje się z czasem i nie znika z twarzy. Dzięki zawartości sproszkowanych minerałów, puder nie wysusza skóry i nie „zapycha” porów. Może być stosowany niezależnie od wieku, gdyż nie zbiera się w zmarszczkach i załamaniach skóry, nie podkreśla też suchych skórek.
Dostępny w 3 kolorach:
- 010 Brighten - delikatnie rozświetlający,
- 020 Suntan Matte - brązująco - matujący,
- 030 Sunkiss - brązująco - rozświetlający.

Tak produkt prezentuje się na ręce:


A tak na twarzy. Wybaczcie takie "dziwne" zdjęcie, ale zupełnie nie mogłam sobie poradzić z tym, aby uchwycić efekt.

Ale zacznijmy od początku. Od razu na wstępie zaznaczam, że nie użyłabym go zgodnie z przeznaczeniem jako puder wykańczający na całą twarz- chyba, że chciałabym osiągnąć naprawdę duży efekt glow. Moja recenzja tworzona jest pod kątem użytkowania go jako rozświetlacz.


 Produkt otrzymujemy w tradycyjnym, sporej wielkości kompakcie z przeźroczystą pokrywą, która nie sprawia problemów ani z zamykaniem ani z otwieraniem. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z produktami wypiekanymi i gdy tylko otworzyłam i dotknęłam produktu stwierdziłam " no świetnie, sprzedali mi jakiś zaschnięty, stary produkt". Jest suchy, po prostu wypieczony i twardawy. Jednak te cechy nie utrudniają w żaden sposób aplikacji. Wystarczy dosłownie przyłożyć kilka razy pędzel do  pudru i maznąć miejsca, które chcemy rozświetlić. Utrzymuje się praktycznie cały dzień, minimalnie zanikając pod koniec dnia. Duży plus również za to, że nie "roznosi" się w miejsca, których nie chcemy, a to wielokrotnie było moją udręką przy innych tego typu produktach. Pozostaje tam gdzie został zaaplikowany. Daje piękny efekt tafli (który nie do końca uchwyciłam na twarzy), który można dozować według własnego uznania. Nie nadaje przy tym żadnych złotych czy innokolorowych odcieni- dla mnie jest po prostu idealny. Produkt ten jest strasznie wydajny i naprawdę duży, na dzień dzisiejszy nie widać, że był w ogóle użytkowany.  Dodam tylko, że swój zakupiłam w sklepie internetowym kosmetykizameryki.com za niecałe 30 zł. Dostępny jest także na allegro. Jest to mój najlepszy rozświetlaczowy wybór jaki do tej pory poczyniłam, a jego ewentualne właściwości mineralne to jego dodatkowy walor. Jestem nim tak zauroczona, że nie widzę żadnych wad.



Nie wiem czy to prawda, ale kiedyś czytałam, że ten produkt zostaje wycofany. 
Jeśli wiecie coś na ten temat dajcie znać. 

piątek, 8 listopada 2013

Pepco

Od dawna jednym z ulubionych sklepów z artykułami dekoracyjnymi jest dla mnie Pepco. Jest dostępne w każdym mieście, a znaleźć tam można świetne ozdoby i dekoracje w naprawdę przystępnych cenach. Często też kupuję tam np. kubki do domu.


Swoją drogą będąc tam zaraz po Wszystkich Świętych natknęłam się na takie widoki.



Ostatnio pokusiłam się na dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest metalowe serce (muszę dokupić jeszcze jedno bo wygląda samotnie ;p ) które powieszę przy lustrze na toaletce. Kosztowało 7,99 zł co uważam jest dobrą ceną. Były też w kolorze szarym.


Drugi przedmiot to latarnia, której koszt to 20 zł. Podczas palenia wewnątrz świeczek tworzy piękne wzory na ścianach. Bardzo ją polubiłam.


Do tego zakupiłam w Biedronce podgrzewacze. Są w różnych zapachach jednak ja postawiłam na bezzapachowe, ponieważ często palę woski Yankee Cande i nie chciałam aby mieszały się zapachy. Jeszcze ich nie używałam bo wykańczam te, które posiadam. Jestem ciekawa jak długo będą się paliły. Inne, które mam palą się ok. 5 godzin.


To tyle z pierdółek, które ostatnio kupiłam.

środa, 6 listopada 2013

Biedronkowa promocja na żele, mydła i płyny do kąpieli.

Niestety i ja uległam promocji w Biedronce, która obejmowała rabat 30% na żele, płyny do kąpieli, mydła, kule go kąpieli czy sole które mają zawrotną cenę 2,50 za 500 ml. Niestety zaszłam tam dziś, czyli w ostatni dzień promocji i asortyment był bardzo przerzedzony. Mimo wszystko i ja znalazłam tam coś dla siebie, robiąc tym samym spore zapasy bo jeszcze mam kilka żeli innych firm w zapasie. Postawiłam na żele i mydła w płynie.
Oto co kupiłam:


Pierwszy traf był na żele pod prysznic z BeBeauty z serii Creme. Szczególnie zależało mi na wersji z pomarańczową zatyczką bo faktycznie rewelacyjnie pachnie o nazwie Happy Moment ale niestety było to ostatnie opakowanie. Wielokrotnie czytałam, że jest pod podróbka żelu z Nivea o nazwie Happy Times. Koszt butelki 400 ml to 2,79 zł.


Kupiłam też dwa po 500 ml mydełka w płynie Linda. Koszt jednej sztuki to 2.09 zł. Jest dostępny jeszcze jeden zapach, o ile się nie mylę miodowy.


Na koniec mam jeszcze słodkiego jedynaka. Jest to żel z BeBeauty z serii SPA o zapachu Brazylia, o pojemności 300 ml. Kosztował najwięcej bo 3,49 zł. Wzięłam na wypróbowanie.

Jeśli chcecie upolować coś w Biedronce to pamiętajcie, że dziś ostatni dzień.
Dajcie znać czy coś kupiłyście :)

wtorek, 5 listopada 2013

Pharmatheiss Cosmetics, Granatapfel Handpflegecreme, Krem pielęgnacyjny do rąk

Recenzje kremów do rąk na moim blogu to rzadkość, a to dlatego, że przez większość roku ich nie używam. Niestety na przełomie jesieni i zimy jest to mój obowiązek. Dziś przedstawiam Wam drugi krem, który w tym momencie katuję i katowałam go już spory okres czasu.


Producent:
Szorstkie, zniszczone dłonie wymagają specjalnej pielęgnacji. Drogocenna kombinacja olejku z pestek granatu, olejku z awokado oraz oliwy z oliwek tłoczonej na zimno chroni skórę przed przedwczesnym starzeniem i czyni ją jedwabistą i delikatną. Krem nie zawiera parabenów, oleju silikonowego i parafinowego.

Wyciąg z owoców granatu:
- dzięki wysokiej zawartości rzadkiego kwasu punikowego (OMEGA – 5), który występuje w naturze wyłącznie w owocach granatu, stymuluje regenerację skóry,
- zawiera ponad 20 bioaktywnych polifenoli, więcej niż np. winogrona,
- chroni naczynia i komórki skóry przed wolnymi rodnikami,
- przeciwdziała oznakom przedwczesnego starzenia się skóry.


Oliwa z oliwek extra vergine:
- bogata w oleokantal, oleuropeinę, witaminę E oraz skwalen,
- działa przeciwzapalnie, wzmacnia tkankę łączną, poprawia nawilżenie.


Olejek z awokado:
- zapobiega utracie wilgoci i intensywnie pielęgnuje.


Skład dla zainteresowanych:



Krem otrzymujemy w metalowym opakowaniu, który naprawdę fajnie się prezentuje na tle tradycyjnych, plastikowych tubek. Jednak przy końcówce może stać się to kłopotliwe, plastikowe tubki z łatwością możemy przeciąć i wydostać resztki kosmetyku, tutaj mamy z tym problem. Ważne jest, że tubka nie pękła w żadnym miejscu pomimo, że przez długi czas nosiłam ją  w torebce, niestety zniekształciła się zakrętka i ciężko się go domyka. Krem ma intensywny zapach, charakterystyczny dla całej serii kosmetyków z granatem - miałam przyjemność z wszystkimi kosmetykami z tej serii. Konsystencja kremu z pozoru wydaje się być lekka, bardzo szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej warstwy ale wyczuwalny jest na nich przyjemny film, a dłonie automatycznie robią się miększe i milsze w dotyku. W ciągu dnia sprawdza się idealnie, jednak na noc gdy chcemy osiągnąć lepsze nawilżenie musimy nanieść go grubszą warstwą. Jego minusem jest dostępność (tylko w aptekach, ew. online) i cena która sięga ok. 30 zł co wg mnie jest zbyt dużą sumą jak za krem do rąk. Mimo to nie żałuję i cieszę się, że służy już tak bardzo długo. 



poniedziałek, 4 listopada 2013

Porównanie baz pod cienie: Essence, Grashka, Quiz

Postanowiłam dziś zrobić krótki post na temat baz pod cienie, które aktualnie posiadam w swojej kosmetyczce. Wcześniej moim ulubieńcem była baza firmy Hean. Tym razem mam inną, jeśli chcecie wiedzieć co tym razem się u mnie sprawdza prześledźcie ten wpis. Do porównania użyję:
  • Quzi, Eyeshadow Base Long Lasting, cena ok. 8 zł
  • Grashka, Baza pod cienie i do ust, cena ok. 11,90 zł
  • Essence, I love Stage, Korektorowa baza pod cienie, cena ok. 10 zł.

Mój test wykonałam na cieniu, który jest dobrze napigmentowany firmy Quiz z serii Cherie nr. 315. Poniżej zamieszczam zdjęcie jak prezentuje się sam cień w konfrontacji z bazą. Różnica myślę, że jest widoczna.


A teraz przejdę do porównywania baz.


Essence: jest gęsta, konsystencji korektora w płynie. Aby ją rozetrzeć musimy poświecić jej chwilę czasu. Dodatkowo musimy uważać aby nie dać jej za dużo bo jest bardzo wydajna i łatwo z nią przesadzić. Ma ona również najciemniejszy kolor z wszystkich 3 baz, który nie sprawdzi się u każdego. Niestety jej właściwości w ciągu dnia są znikome. Niektóre cienie modyfikuje i zmienia ich pierwotny "wygląd".

Quiz: Gęsta i zbita, rozpuszcza się pod wpływem ciepła. Jest niemal przeźroczysta,  łatwo się ją rozsmarowuje po powiece. Dopasuje się, do każdej karnacji. Nie uczula. Wyraźnie podbija kolor cienia nie modyfikując go.

Grashka: gęsta, zbita, rozpuszcza się pod wpływem ciepła palca. Ma delikatny pomarańczowaty kolor, który można wpracować w powiekę tak, że nie będzie bardzo widoczna. W ciągu dnia cienie mają tendencję do rolowania się.

Tak prezentują się bazy po roztarciu, gotowe do aplikacji cienia.


A teraz po aplikacji cienia:


Na bazie Essence kolor ładnie został podbity, jednak poprzez intensywny kolor bazy utracił swoją perłowość. Cień świecił się, ale nie tak intensywnie jak na dwóch pozostałych bazach. 

Poniżej jeszcze jedno zdjęcie aby dokładniej oddać efekt:


Dla mnie werdykt jest prosty: dla mnie zwycięsko wyszła baza z Quiz. Jest mało znana i niestety słabo dostępna. Konsystencją i zapachem przypomina bazę z Hean Stay On, którą długo używałam i bardzo lubiłam. Można ją kupić w małych drogeriach, bazarkach lub w sklepie internetowym http://www.quiz.pl/sklep/ Na pierwszy rzut oka zirytowało mnie opakowanie, które ma postać słoiczka, w którym często otrzymuje się próbki podkładów. Ale z czasem stwierdzam, że jest ono wygodne np. w podróży (choć liczę, ze firma przyłoży wagę do pojemniczka). Zajmuje mało miejsca i ilość bazy jest wystarczająca. Baza z Hean miała duży pojemniczek i połowę musiałam wyrzucić bo nie zdążyłam jej zużyć przed upływem daty ważności. Baza z Quiz jest również bardzo łatwa w aplikacji i nie wymaga długiego czasu wklepywania w powiekę czy rozcierania, choć czasem źle mi się ją rozprowadza i tworzą się smugi- nie wiem od czego to zależy. Idealna dla każdego rodzaju karnacji. Jest wydajna, ale przede wszystkim świetnie sprawdza się w ciągu dnia i póki co zostanie ze mną na dłużej. Nie jest ideałem ale radzi sobie nieźle. Po dłuższym stosowaniu na pewno pojawi się większa recenzja- ta oparta jest główna na podstawie wyglądu cieni nałożonych na bazę.